Toczymy się do świąt

Toczymy się do świąt

Dosyć leniwie i powoli. Podczas gdy w Polsce panuje szał sprzątania, gotowania, szykowania i wygłaszania uroczystym tonem„zostaw! to na święta”, Kanaryjczycy do całej tej świątecznej sprawy podchodzą w miarę spokojnie. Owszem ubierają już choinki, budują szopki, myślą, czy dwudziestego czwartego grudnia zjeść kolację w domu, czy lepiej zarezerwować stolik w jakiejś przyjemnej restauracji, no i coś tam w domu posprzątają. Ale bez wielkiego pucowania od świtu do zmierzchu oraz gotowania dwunastu dań. I tylko w jednym aspekcie tego świątecznego szału dorównują Polakom albo ich przewyższają – wielkiego kupowania prezentów.

Na trasach dojazdowych do centrów handlowych tworzą się korki. Ruch, ożywienie, wydawanie pieniędzy trwa w najlepsze. Choć Kanaryjczycy na zakup prezentów mają więcej czasu, bo zgodnie z hiszpańską tradycją wręcza się je na Trzech Króli, to i tak już zabrali się do roboty. Wydaje się, że na całym archipelagu nikt nie zostanie bez świątecznych podarunków.

Już pod koniec listopada, a potem przez cały grudzień aż do świąt robi się dosyć tłoczno w restauracjach. To za sprawą tradycyjnych świątecznych kolacji. Tradycja polega na tym, że każda grupa, do której należysz – twój zakład pracy albo firma, klub tańca, klub seniora, klub nurkowy, drużyna piłkarska, itp. – umawia się na wspólne wyjście do restauracji. Trzeba się przy tym wystroić, w restauracji świętować hucznie i głośno, obowiązkowo pstryknąć tonę zdjęć na facebooka, a potem opowiadać wokół, jak to było fajnie i świetnie. Jeśli tak się zdarzy, że należysz do wielu rozmaitych grup, chodzisz na każdą z takich kolacji. Stroisz się, chodzisz, jesz, uśmiechasz się do zdjęć, dobrze się bawisz, płaczesz, że tyjesz już przed Świętami, nadal jesz. Oczywiście czasem kolacja przenosi się później na jakąś dyskotekę albo do baru i przekształca w imprezę. Żadnych adwentowych postów czy innych temu podobnych tematów się nie roztrząsa.

Obok zakupów i świątecznych kolacji jest jeszcze jedna wielka grudniowa tradycja, obowiązująca nie tylko na wyspach, ale i w całej Hiszpanii. To bożonarodzeniowa loteria. Jestem chyba jedyną osobą w całym kraju, która się oparła i nie kupiła żadnego losu. Tu bowiem też ujawnia się hiszpańska wspólnotowość, jeśli nawet chcesz zapomnieć o loterii, to twoi koledzy z zakładu pracy albo firmy, klubu tańca, klubu seniora, klubu nurkowego, drużyny piłkarskiej zaproponują ci wspólną składkę na zakup losów. Po dwadzieścia euro od osoby na przykład. I już możesz uczestniczyć w pięknych rozmowach, jak będzie wyglądało twoje życie, gdy wygrasz ten milion czy ileś tam. Jeśli należysz do wielu grup, możesz składać się na losy tu i tam, twoje szanse na wygraną rosną.

I tak przy dźwiękach „all I want for Christmas is you”, wśród rozmów, ile mieć losów na loterię i co kupić siostrzeńcowi na Trzech Króli, spokojnie toczymy się do świąt.

A jak święta Bożego Narodzenia, to i szopka być musi…

Bardzo ważny w szopce

 

PS. Z przyczyn ode mnie niezależnych, na blogu panował ostatnio dłuższy zastój. Ale już powoli wracam do życia blogowego i sukcesywnie będą się pojawiać zapowiadane wcześniej teksty. W końcu mieszkam na wyspach słynących z tego, że ludzie są tu nieco powolni, więc nawet wypada mi się trochę spóźnić. Stay tuned!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.