San Cristóbal w niedzielne popołudnie

San Cristóbal w niedzielne popołudnie

Łapię gumę tuż przed dzielnicą San Cristóbal. Przednie koło najeżdża na uszkodzoną płytkę chodnika, ta unosi się z trzaskiem i niemal od razu słyszę syk, który może oznaczać tylko jedno, koniec jazdy. Szybko znajduję dziurę w oponie. Mam akurat to szczęście, że awaria przydarza się u wylotu małej dzielnicy rybackiej, wciśniętej między brzegiem oceanu a ruchliwą szosą. Można zejść z roweru i spacerując, trafić na lokalną knajpę, serwującą świeże ryby i krewetki zasmażane z papryką oraz cebulą. Spędzi się więc trochę czasu w San Cristóbal.

Ta dzielnica wygląda jak mała, nadmorska wioska, którą ktoś, nie wiedzieć czemu, wcisnął w środku miasta. Kolorowe, stare, nadgryzione zębem czasu, w niektórych miejscach rozwalające się domy stoją rzędem wzdłuż oceanu. Fale rozbijają się o betonowe wybrzeże i rozbryzgują nad wąskim deptakiem. Kto się zagapi, może zaliczyć prysznic.

Fot. flickr

Na niewielkim placu, którego część zajmują stoliki kawiarniane, toczy się swojskie niedzielne popołudnie. Dzieci biegają, jeżdżą na rowerze i z wielkim przejęciem rzucają kamienie do oceanu, jak gdyby dokonywały jakiegoś niesamowitego dzieła. Dorośli przechadzają się nadmorskim deptakiem, zanurzeni w swoich rozmowach i dysputach. Wędkarz raz po raz zarzuca wędkę w nieco innym miejscu, pod nieco innym kątem, jako zanęta służy surowa krewetka. Mężczyzna to wstaje, to siada na kamienistym wybrzeżu, to znów przechodzi kilka kroków i stoi obok falochronu. Obok niego starsza kobieta rozłożyła swoje dzieła na sprzedaż, biżuterię, wisiorki z kamieniami. Podziwiam ten spektakl znad talerzy ryb, krewetek, ziemniaków w mundurkach, pachnącego czosnkiem, intensywnego w smaku mojo.

Ramą i tłem dla tego toczącego się przy brzegu życia jest ocean. Mam tu widok na południową redę portu w Las Palmas, zakotwiczone masowce, statki wiertnicze, tankowce. Jeśli podejdę do brzegu i spojrzę w lewo, zobaczę miasto z jego blokami i wysoką zabudową. Wolę jednak schować się na placu wciśniętym między rzędami niskich domków, które zamykają perspektywę i sprawiają, że widoczny jest tylko ten fragment dzielnicy, która wygląda niczym wioska lub prowincjonalna mieścina. Chwilowo nie chcę widzieć nic więcej, żadnego wielkiego świata i jego niecierpiących zwłoki spraw.

W takie niedzielne popołudnie dobrze jest gdzieś się zakotwiczyć w San Cristóbal, średnio atrakcyjnej dzielnicy, która, jak sterany życiem człowiek, prezentuje swoje pokaleczone, ale wciąż godne oblicze, odpadającą miejscami, starą, przyblakłą farbę, rdzewiejące od morskiej wilgoci latarnie, wyszczerbione mury. Zostawmy więc na chwilę wielki świat, złapmy w kadrze te statki na redzie, te bawiące się na brzegu dzieci, tę codzienność.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.